Cześć, mam nadzieję że dobra kategoria, nie wiedziałem czy tutaj na pewno, ale patrząc po kilku podobnych tematach, powinno być ok.
Chciałem Was poprosić o opinię odnośnie sytuacji którą mam po sprzedaży mojego auta.
Trzy miesiące temu sprzedałem facetowi auto za kwotę lekko ponad 8 tys złotych. Miałem je kilka miesięcy, sam kupiłem je w niskiej cenie, ale mocno zaniedbane, potrzebowałem auta dodatkowego/tymczasowo, stwierdziłem że przy okazji pobawię się trochę i potem je sprzedam, z założenia nie powinienem na nim stracić, bo mimo wieku ten model dość trzymał cenę, ten dodatkowo był jeszcze fajnie wyposażony, cała elektronika sprawna, oryginalne ładne alufelgi itd. Ogarnąłem w nim to co najważniejsze, duuużo pracy i kasy w to włożyłem, auto bez zastrzeżeń przeszło przegląd i technicznie było sprawne, choć daleko mu było do ideału. Natomiast jedna usterka z którą się męczyłem była wyjątkowo upierdliwa - na komputerze błąd czujnika kąta skrętu, objawiał się co jakiś czas choinką na blacie - esp, wspomaganie, abs, itd. Niby stosunkowo częsty błąd w autach z grupy VAG. Próbowałem to ogarnąć samemu poprzez adaptację komputerową w VCDSie, efekt był na chwilę, więc ostatecznie oddałem do warsztatu, a właściwie dwóch, z czego jeden zajmujący się elektromechaniką. Męczyli się z tym niemiłosiernie, koncepcji było kilka, wymieniane były te czujniki kąta skrętu w kierownicy, coś tam dłubali przy sterowniku wspomagania, nic z tego ostatecznie nie wyszło, a błędy wywalało dalej. Ostatecznie ogarnął to jeszcze inny warsztat - tacy trochę rzeźbiarze na pierwszy rzut oka, ale w skrócie odpowiednio zrobili komputerową adptację tego czujnika, stwierdzili że błędy typowo systemowe i temat niby załatwiony. Ja już nie wnikałem, w tych tematach jestem raczej laikiem,
kontrolki znikły, jeszcze specjalnie pojeździłem autem kilka dni żeby upewnić się że jest ok, po kilkuset kilometrach nic nie wywalało.
Wystawiłem ogłoszenie, spore zainteresowanie, po kilku dniach przyjechał kupujący. Auto oglądał razem ze znajomym dość długo, chyba zeszło z 1,5h. Klasycznie jazda próbna, zajrzenie pod maskę itd. Nie sprawdzał auta na stacji kontroli, nie podpinał komputera, chyba nawet historii w cepiku nie sprawdzał, uwagi były głównie odnośnie mankmanetów wizualnych. Nie ukrywałem, że auto ogólnie jest dosłownie takim trochę ''chrupkiem'' i opisałem co po kolei w nim robiłem - również o tym czujniku/błędach itd. Pytał mnie czy jest to naprawione, to szczerze mu oznajmiłem że jest na ten moment ok, chociaż usterka była naprawiana dosłownie tydzień wcześniej, po przejechaniu tych powiedzmy 300 km nic się nie działo, ale ja też nie znałem całej historii auta i nie wiem z jakiego powodu w ogóle to się pojawiło. Podczas oględzin i jazdy żadne kontrolki nie wywalały, technicznie wszystko grało, w sumie auto prezentowało się nie najgorzej pod kątem samej jazdy. Spisaliśmy umowę - standardowa ze wzmianką o tym, że nie zataiłem żadnych wad i kupujący oznajmuje, że ten stan techniczny zna. Cena za którą mu sprzedałem była ogólnie niższa o ok. 2-3 tys od ofert podobnych aut, jeszcze mu dodatkowo kilka stówek opuściłem. Ja sam na tym aucie zresztą nieco straciłem, ale nie obracaliśmy wokół zbyt zawrotnych kwot więc uznałem że no po prostu trudno.
Po sprzedaży gość dzwoni do mnie po 3 dniach, dosłownie krzycząc do tego telefonu, że zapaliły mu się te kontrolki o których mówiłem, że choinka na desce, że on chce oddać samochód, zwrot kasy itd. Jednocześnie tego samego dnia przejestrował samochód na siebie. Trochę mnie zaskoczył, ale chciałem być w porządku, więc umówiłem go do warsztatu w którym to naprawiali jeszcze na następny dzień, żeby zerkneli jeszcze raz, trochę na zasadzie gwarancji wykonanej wcześniej usługi. Poinformowałem warsztat, żeby go nie nie kasowali za nic, tylko ewentualne dodatkowe koszty rozliczali ze mną. Kupujący nie miał jednak czasu tego dnia i umówiliśmy się, że skontaktuje się z nimi sam, a koszty diagnostyki będą po mojej stronie. Minęło chyba z 6 tygodni, temat jakby ucichł, aż nagle gość dzwoni że właśnie był w tym warsztacie, że coś tam dłubali ale niewiele to dało, bo zaraz znowu wywaliło te kontrolki, że on mi ten samochód oddaje, że będziemy się sądzić, że on ma świadka/jakieś filimiki/nagrania, że wada ukryta, że on już takie sprawy wygrywał wcześniej, no i ogólnie ciężko się gadało, bo głównie to on się wydzierał. Dodatkowo argumenty typu że on dzieci wozi, że żona ma tym jeździć i że to auto ma być bezpieczne itp. Stwierdził, że on nie ma zaufania do tego warsztatu, że odda go do jakiegoś swojego i wyśle mi fakturę za naprawy, że to ma być ogarnięte. Ja powiedziałem że mogę mu przesłać dwie stówy na diagnostykę, ale nie mam zamiaru pokrywać kosztów jakichś dalszych napraw. Oczywiście ta opcja nie za bardzo mu się spodobała. Kilka tygodni ciszy i teraz znowu - już niby ponad 2,5 tys wydane, podobno doszli do przyczyny w końcu, facet chce mi wysłać fakturę i nie wiem czego mam się spodziewać z jego strony, bo jakoś nie za bardzo mam zamiar płacić za te naprawy - na ten moment jeszcze nawet nie wiem za co. Wydaje mi się, że starałem się być w miarę w porządku wobec gościa, odbierając od niego kilka telefonów o różnych porach/odpisując na smsy, i próbując mu jakoś pomóc, on to mega przeciągnął w czasie ciągle tłumacząc to jakimiś sprawami rodzinnymi/dziećmi/pracą - co mnie w sumie średnio obchodzi. Próbowałem mu wytłumaczyć, że kupił to auto w raczej niższym przedziale cenowym, że informowałem go o tych problemach które z nim miałem, że mógł jakkolwiek to sobie sprawdzić - komputer, mechanik, jakiś diagnosta, itd. Możliwości miał sporo. Nie zrobił tego i teraz twierdzi, że go oszukałem, że wcisnąłem złoma. Nie wiem czemu to się zrypało kilka dni po sprzedaży, nie miałem świadomości że znowu wyrzuci tymi błędami, tak naprawdę na dzień dzisiejszy nie znam faktycznej przyczyny tych problemów, może się w końcu od niego dowiem. Nie za bardzo mam ochotę na jakieś ciąganie po sądach, a też nie wydaje mi się żeby to kwalifikowało się jako wada ukryta, bo przecież na oględzinach o tym rozmawialiśmy. Można w ogóle pod wadę ukrytą podciągnąć wadę o której nie wiedział sprzedający?
Co o tym sądzicie? Idąc jego tokiem rozumowania - ja tak samo powinienem oskarżyć poprzedniego właściciela o oszustwo, bo zapewniał mnie że kontrolka ABSu to zapewne czujnik, a jak się okazało no jednak to nie było to. Jednak nie przyszło mi przez myśl, żeby wydzwaniać do niego żądając zwrotu pieniędzy, kosztów napraw itd., stwierdziłem że w sumie mój błąd, bo mogłem to lepiej sprawdzić
Będę wdzięczny za jakieś Wasze opinie, bo może mój tok myślenia jest błędny i to jednak kupujący ma rację
![Rolling Eyes :roll:]()